Gdy w pierwszym akcie sztuki Antoniego Czechowa nad kominkiem wisiała strzelba, w akcie ostatnim mogliśmy spodziewać się, że wystrzeli ona w kierunku któregoś z bohaterów. Nie inaczej jest ze współczesnym horrorem. Jeśli na ekranie pojawia się perfekcyjna rodzinka mieszkająca w ładnym domku, możemy być pewni, że wkrótce chatka zmieni się w miejsce kaźni lub – w najlepszym razie – ze ścian wyłazić będą różnej maści duchy. "Ostatni dom po lewej" nie jest więc wyjątkiem – remake klasycznego horroru autorstwa Wesa Cravena skonstruowany jest według sprawdzonych gatunkowych reguł. Co więcej – jego konwencjonalność okazuje się istotną zaletą, a film Dennisa Iliadisa, mimo że schematyczny, cały czas trzyma w napięciu.
Rodzinka Collingwoodów to ucieleśnienie amerykańskiego snu – przystojny pan doktor (niezły Tony Goldwyn), jego elegancka żonka (Monica Potter) i urodziwa córeczka (Sara Paxton) są jakby żywcem wyjęci z obrazka. Gdy wyjeżdżają do domu nad jeziorem, nie spodziewają się, że niewinny rodzinny wypad, okaże się początkiem dramatycznych wydarzeń. Wkrótce młoda Mari znajdzie się w niewłaściwym miejscu i czasie – pojmana przez trójkę brutalnych bandytów zostanie zgwałcona i postrzelona. Jak to często bywa w kinie grozy, szukający schronienia przestępcy trafią prosto do domu jej rodziny, a krwawa zemsta będzie tylko kwestią czasu.
Moja własna ocena: 10/10 